Przejdź do treści

Ścieżki Mocy

Strona główna » Blog » Robert A. Johnson – Wprowadzenie do „Ekstazy” cz. I

Robert A. Johnson – Wprowadzenie do „Ekstazy” cz. I

    „Poczucie, że wiemy wszystko, co potrzebujemy wiedzieć, i że mamy wszystko pod kontrolą, to iluzja naszego ego [1]”.

    Na początku nie przepadałam za książkami Roberta A. Johnsona. Coś mi nie pasowało, czegoś było za mało, coś nie tak, ale nie wiedziałam, o co chodzi. Odłożyłam je na półkę na wiele lat.

    Późną jesienią 2025 roku przyszło zaproszenie od Wydawnictwa Ścieżki Mocy, by napisać wprowadzenie do jego książki o Dionizosie. Tej pozycji akurat nie znałam, ale jeszcze na moich pierwszych filozoficznych studiach (głównie za sprawą Friedricha Nietzschego) z pasją zgłębiałam temat misteriów dionizyjskich i ich znaczenia dla kultury. Znałam też inne publikacje tego autora (He, She, Living Your Unlived Life, Inner Work), więc pomyślałam: czemu nie? Poza tym to książka jungowska, a to podejście towarzyszy mi w bardziej lub mniej aktywny sposób od czasów dawniejszych nawet niż moja praca terapeutyczna. Więc TAK.

    Po niezbyt ekstatycznym początku lektury zaczęłam coraz bardziej wciągać się w treść tej książki i coraz mocniej czuć. Tak! Autor ma rację. Tak! To, o czym pisze, jest niezwykle ważne. A po jej skończeniu… przeczytałam ją raz jeszcze!
    Rozpoczęłam też poszukiwania różnych źródeł dotyczących autora – okazało się, że najwięcej mogę dowiedzieć się z jego książek oraz wywiadów. Składam więc poniżej rys biograficzny z różnych opowieści i wydarzeń przywoływanych w jego publikacjach, wywiadach, wspomnieniach przyjaciół i korespondencji. Jego ścieżka życiowa jest niezwykle ciekawa, ale i pełna sprzeczności, które zaskakująco, wzruszająco i nieuchronnie prowadzą ku spójności i integralności.

    Robert A. Johnson urodził się w 1921 roku w Portland, w stanie Oregon. Studiował na miejscowym uniwersytecie oraz w Stanford, zaś później przez jakiś czas pobierał nauki u hinduskiego nauczyciela duchowego Jiddu Krishnamurtiego, jednakże nie znalazł tam tego, czego szukał. W wieku dwudziestu sześciu lat pojechał zatem do Zurychu, by studiować w Instytucie Carla Gustawa Junga. Jak do tego doszło?

    W wywiadach Johnson dzielił się tym, że miał za sobą bardzo ciężkie dzieciństwo; oprócz traumy relacyjnej doświadczył także w wieku jedenastu lat bliskiego spotkania ze śmiercią i trwałej utraty sprawności fizycznej: w wypadku samochodowym stracił nogę. Czas adolescencji i wczesnej dorosłości był dla niego udręką, a jedyne ukojenie stanowiła muzyka, jednakże w pewnym momencie sprawy zaczęły przybierać naprawdę zły obrót. Jak sam podkreślał, to analiza jungowska uratowała mu wtedy życie.

    Zgodnie z sugestią przyjaciela rozpoczął psychoterapię analityczną najpierw w Stanach, a potem w wyniku splotu różnych wydarzeń (po jungowsku powiedzielibyśmy – synchroniczności) znalazł się w Zurychu, gdzie poznał osobiście Junga i jego żonę. Mówiąc o tamtym okresie, podkreślał:

    „W końcu moje życie stało się tak bolesne i niemal niemożliwe do udźwignięcia, że mój przyjaciel kazał mi iść do analityka jungowskiego. Więc poszedłem. To był Fritz Künkel w San Francisco. Ocalił mi życie. Nauczył mnie języka, który był spójny i który otworzył przede mną świat wewnętrzny. I ten świat był dla mnie możliwy do zamieszkania właśnie ze względu na jego spójność. Dzięki niewiarygodnie szczęśliwemu zbiegowi okoliczności spotkałem Carla Junga. Nazywam to cienkimi nitkami [2]. Jeśli kiedykolwiek miałbym napisać autobiografię (czego nie zamierzam robić), nazwałbym ją właśnie w ten sposób – te wszystkie ważne rzeczy, które się dla mnie wydarzyły, połączyły się w całość dzięki tym nitkom. Tak się akurat złożyło, że gdzieś byłem, z kimś rozmawiałem. I przez szczęśliwe zbiegi okoliczności znalazłem się u Junga w Zurychu i odnalazłem nie tylko uzdrowienie, ale i zawód [3]”.

    Wtedy właśnie, podczas pobytu w Zurychu i analizy u Jolande Jacobi, w wieku dwudziestu kilku lat wyśnił mu się sen, który miał określić całe jego dalsze życie (o tym śnie można przeczytać w niniejszej książce) – Johnson czuł wagę tego doświadczenia, ale niestety, według jego relacji, ówczesna analityczka nie była w stanie go przyjąć i docenić. Znów dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności (synchroniczności) poszedł z tym snem do Emmy Jung, która uznała go za cenny i znaczący, ale nie podjęła się jego interpretacji, tylko przekazała przypadek mężowi, a ten,
    poruszony, umówił się z Johnsonem na rozmowę.

    Podczas trwającego kilka godzin spotkania Jung na podstawie tego jednego snu wskazał autorowi niniejszej książki kierunek, sens i główny cel jego życia. Brzmi to nieco przerażająco, nieprawdaż? Johnson czuł jednak, że przekaz Junga (przede wszystkim w odniesieniu do snu) jest prawdziwy i całkowicie mu zaufał – dostosował swoje życie do określonego powołania, wybrał, zgodnie z sugestią Junga, samotność, skupienie na pracy wewnętrznej i nieprzynależenie do żadnej organizacji. I, jak sam przyznał po latach, Jung się nie mylił.

    Wiele lat spędził w Indiach, w aszramie Sri Aurobindo, jednak, jak mówią jego przyjaciele, bardziej interesowało go życie prostych ludzi poza klasztorem i ich życiowa mądrość. W późniejszym czasie przebywał także w klasztorze benedyktyńskim (opactwo Trzy Rzeki); prowadził również (z przerwami) praktykę psychoanalityczną.

    Nie planował pisać książek, a wydał ich czternaście. Jak to się stało? W 1974 roku wykładał w Katedrze św. Pawła w San Diego i tam właśnie anglikański ksiądz, a zarazem analityk jungowski John A. Sanford spisał i pomógł wydać jego wykłady w książce zatytułowanej He! A Contribution to Understanding Masculine Psychology (On! Zrozumieć psychologię mężczyzny) [4]. Zdecydowanie żywiołem i powołaniem Johnsona stała się sztuka opowiadania – wiele jego książek to nagrane i spisane wykłady, co pozwala zrozumieć ich specyficzną formę.

    W wywiadzie [5] (na który często się tu powołuję), który przeprowadził jego student, a później przyjaciel John van der Steur, mówi, że ma możliwość kontaktu ze swoimi myślami tylko w relacji – gdy kieruje je do określonej osoby: „Mam taką mentalność charakterystyczną dla introwertyków, że jeśli nie mam przed sobą oczu, w które mogę patrzeć, moja inteligencja nie działa. Nie mogę myśleć. Tak więc mogę myśleć tylko, będąc w relacji [6]”. Pisanie to samotna praktyka, a Johnson miał tej samotności aż nadto w życiu. Jak mawiał, osamotnienie to piekło. Jednak w drugiej połowie życia zaczęło udawać mu się doświadczać bycia samemu ze sobą, a nie osamotnienia. Według niego „osamotnienie to patologia i destrukcyjne doświadczenie. Jednak samotność jest bliska oświeceniu. Stopniowo moje osamotnienie (ang. loneliness) przekształca się w samotność (ang. aloneness) [7]”.

    Pomimo, a może dzięki tej samotności Johnson miał wieloletnich przyjaciół i był aktywny w kilku wspólnotach, zarówno o charakterze duchowym, jak i psychologicznym. Ważnym doświadczeniem dla niego było (w latach 1981–2001) prowadzenie wykładów (a właściwie – snucie opowieści) w ramach spotkań wspólnoty Podróż ku Całości (ang. Journey to Wholeness). Jak wspominają uczestnicy tej grupy, nie chodziło tam tylko o inspirujące wykłady – było to uświęcone zgromadzenie, które karmiło dusze i ożywiało ducha. Wspólnota jednostek podążających ku większej świadomości, które spotykają się, by dzielić się w znaczący sposób myślami i doświadczeniami w rytualnej przestrzeni, by eksplorować siebie i wspólny świat przez pryzmat psychologii Carla Gustawa Junga [8].

    Na tych spotkaniach Johnson dzielił się opowieściami pochodzącymi z rdzennych kultur, jak i mitologii. Jak pisze jedna z uczestniczek Paula M. Reeves we wstępie do książki będącej zbiorem opowieści na temat tych spotkań:
    „Robert był mistrzem opowieści. Znał dobrze moc metafory, która – o ile zostanie odebrana przez słuchacza – może jednocześnie zainteresować umysł, zenergetyzować ciało i przywołać duszę. Zaangażowanie Roberta w opowieści wywodzi się z tego, co Jung określał mianem nieświadomości zbiorowej: wielowarstwowy symboliczny język mający za sobą tysiące lat, poprzez który ludzie próbują zrozumieć, jak być w pełni człowiekiem w swoim wypełnionym duszą ciele [9]’.

    Książki na bazie wykładów (opowieści) mają specyficzną formę: są raczej krótkie, często też można mieć poczucie, że czegoś brakuje lub że coś jest niekompletne. Co nie zostaje wypowiedziane lub rozwinięte, znajduje swój ciąg dalszy w kolejnej książce – wykładzie.

    Johnson pragnął przybliżyć psychologię analityczną szerokiemu gronu odbiorców – często robił to poprzez rozwijanie znaczeń mitów. Jak czytamy w wywiadzie: „Mity są językiem nieświadomości zbiorowej, tak jak sny są językiem nieświadomości indywidualnej. Zarówno mity, jak i sny są mową boga”[10]. Mity pełne są treści archetypowych; objaśniają, jak możemy wkroczyć – dzięki nim i pracy wewnętrznej – na ścieżkę indywiduacji.

    Przypomnijmy, że archetypy, jak podkreślał Johnson (za Jungiem), to wrodzone wzorce, uniwersalne symbole znajdujące się w nieświadomości zbiorowej. Przedstawiają one podstawowe ludzkie doświadczenie, typy osobowości, zachowania spotykane w mitach, snach i opowieściach rozmaitych kultur. Niektóre z bardziej znanych archetypów określonych przez Junga to jaźń, cień, anima, animus, persona czy mędrzec [11] – wywierają one wpływ na rozwój indywidualny, motywację i interakcje ze światem, odgrywając znaczącą rolę w procesie indywiduacji.

    Indywiduacja, według Junga, to proces psychicznego rozwoju ku pełni, całości – podróż ku stawaniu się sobą i realizowaniu unikalnego potencjału jednostki. Ma ona miejsce przede wszystkim w drugiej połowie życia i polega, w dużym uproszczeniu, na świadomym integrowaniu sprzecznych części osobowości.

    Dla Johnsona indywiduacja to po prostu sens życia – mówił o niej w następujący sposób: „Jeśli indywiduacja jest tym, co mamy osiągnąć w naszym ziemskim życiu, to odnalezienie swego powołania czy dharmy, czy indywiduacji stanowi kryterium sukcesu w tym życiu [12]”.

    W odniesieniu do zawartych i rozwijanych w jego książkach mitów i opowieści Johnson zaznaczał, że możemy po prostu cieszyć się mitem czy historią jak dzieci lub słuchać bardziej uważnie, docierać do głębszych warstw, by odkrywać mapę dla naszej wewnętrznej podróży – wszystko po to, byśmy mogli stawać się bardziej świadomi, autentyczni i dążyć do pełni.

    W książkach Johnsona znajdziemy nie tylko mity, sny i ich interpretacje, które wydają się tak żywe, gdyż zaprasza on czytelnika do wnętrza własnego doświadczenia i odsłania się w pełen odwagi sposób. Szczodrze dzieli się on również doświadczeniem zarówno z własnej pracy wewnętrznej, jak i wydarzeniami, które miały wpływ na jego drogę życiową; opisuje szczegółowo praktyki pomocne w procesie poszerzania świadomości dla niego samego – trzy najważniejsze to praca ze snami, aktywna wyobraźnia oraz rytuał. Oczywiście są to praktyki związane z psychologią analityczną, ale, jak mówił w wywiadzie Johnson, jego szacunek do Junga wynikał również z faktu, iż ten nie uznawał się za twórcę koncepcji czy praktyk przekazywanych światu, gdyż w istocie wywodziły się one z najstarszych kultur. Jung tylko (i aż) nadał im formę, opisał i umieścił w kontekście psychologii.

    Być może ta pokora i bezwarunkowe umiłowanie prawdy łączą Johnsona z Jungiem (pomimo sporych różnic w ich osobowościach). Johnson prowadził swoją analizę u sześciu różnych analityków (z niektórymi rozstał się szybko, z innymi miał owocną współpracę przez dłuższy czas), dzięki czemu, jak mówił, nie tylko uzyskał dogłębny wgląd w różne aspekty swojej osobowości, ale w ogóle odzyskał życie, a dodatkowo odnalazł swoje powołanie.
    Gdy czuł, że druga strona nie potrafi za nim podążać, odchodził i szukał dalej. Rozumiem to tak, że był w pełni oddany swojej wewnętrznej prawdzie i miał do niej całkowite zaufanie. Relacje były dla niego bardzo ważne, ale centrum zawsze było w środku, niezależne od tego, co na zewnątrz. Dla mnie osobiście Johnson jest nauczycielem podążania za swoją prawdą, choć pokazuje, że czasami może nas to bardzo wiele kosztować. Wiele strat, wiele bólu. Ale taki jest dla mnie jego przekaz: warto. To jest nasze złoto. To, co najcenniejsze, mamy wewnątrz siebie. Wydobywanie tego i dzielenie się tym ze światem czy też towarzyszenie innym w tego rodzaju procesie jest wielką sprawą, przywilejem, radością i nieustającym (choć nie zawsze odczuwanym) spełnieniem.

    Na podstawie książek, ale też wywiadów oraz prywatnej korespondencji – materiałów, które czytałam, przygotowując się do napisania tego wprowadzenia, mam subiektywne przekonanie, że drogą do odkrycia i wydobycia naszego wewnętrznego złota jest praca wewnętrzna. Należy ją kontynuować przez całe życie, nigdy nie zatrzymywać się w procesie autoanalizy, nie ustawać w poszukiwaniu prawdy o sobie, życiu i świecie, a jednocześnie zachować pokorę, świadomość niewiedzy czy, jakby powiedział Suzuki Roshi, umysł początkującego [13].

    Pomimo koncentracji na wewnętrznym świecie to, kim był i co pozostawił po sobie, zostało docenione także w świecie zewnętrznym. Jego książki przetłumaczono na wiele języków, a ich sprzedaż przekroczyła trzy miliony egzemplarzy.

    W 2002 roku otrzymał honorowy doktorat od Pacifica Graduate Institute w Kalifornii. Zmarł w 2018 roku w wieku dziewięćdziesięciu siedmiu lat.

    W jednym z jego ostatnich wywiadów spotykam pełnego pokory, zaciekawienia, wdzięczności i (mimo wszystko) radości człowieka:
    „Druga połowa życia była o wiele lepsza, niż mógłbym to sobie kiedykolwiek wyobrazić czy mieć nadzieję […]. Z jakiegoś powodu mam się o wiele lepiej niż kiedyś. Częściowo dlatego, że zaprzestałem prawie całkowicie aktywności w świecie zewnętrznym. Zachowuję dzięki temu całą energię dla wewnętrznego świata. Uważam się za szczęściarza […]. Jestem bogaty w wiele przyjaźni […]. Niektóre sprawy toczą się lepiej, nie do końca dobrze, ale ogólnie jestem w dobrym miejscu. Jestem wdzięczny [14]”.

     

    Barbara Anna Tyboń
    dr nauk humanistycznych, psycholożka, psychoterapeutka, wykładowczyni akademicka
    barbaratybon.edu.pl

     

     

    Przypisy:
    1 R.A. Johnson, Living Your Unlived Life, Tarcher, Nowy Jork 2009, s. 61.
    2 Angielskie sformułowanie slender threads trudno jest przetłumaczyć na język polski, natomiast możemy sobie wyobrazić, że jest to jak tkanie kilimu: różne nitki układają się w pewien wzór.
    3 J. van der Steur, The Power of Polarities, Polarity Institute, Austin 2017 (interview 03/1995).
    4 R.A. Johnson, He! A Contribution to Understanding Masculine Psychology, Religious Publishing Company, King of Prussia 1974.
    5 J. van der Steur, The Power of Polarities.
    6 Tamże.
    7 Tamże. W języku angielskim jest kilka określeń na słowo „samotność”; Johnson odróżnia loneliness – osamotnienie, od alonness – samotność czy bycie z samym sobą.
    8 Gospodarzem tych spotkań było The Jung Center, Houston, USA.
    9 R.A. Johnson, Storytime with Robert, red. N. Cullipher, Chiron Publications, Asheville 2020.
    10 J. van der Steur, The Power of Polarities.
    11 Więcej można przeczytać o nich na przykład w książce Jolande Jacobi (Psychologia C.G. Junga, tłum. S. Łypacewicz, Wydawnictwo Wodnika, Warszawa 1993).
    12 J. van der Steur, The Power of Polarities.
    13 S. Suzuki, Umysł zen, umysł poczatkującego, tłum. J. Dobrowolski, A. Sobota, Wydawnictwo Elay, Bielsko-Biała 2010.

    Strona wykorzystuje pliki cookies własne w celu prawidłowego działania jej wszystkich funkcji oraz pliki cookies podmiotów trzecich w celu korzystania z zewnętrznych narzędzi analitycznych, marketingowych i społecznościowych. View more
    Akceptuję
    Przejdź do treści